Od populistów też można się czegoś nauczyć.

 

Nie idźcie na populistyczne skróty!" radzi (nie tylko) oko.press liderom opozycji. Tylko właściwie dlaczego? Słowo populistyczny" jest niejasne już w encyklopediach, a jego znaczenie w polskich mediach rozmywa się tak bardzo, że stało się zwykłą obelgą pozbawioną głębszego sensu.

O populizm – słusznie bądź nie – został już oskarżony praktycznie każdy: od PiS-u i podobnych antydemokratycznych partii z całej Europy po lewicowe ruchy społeczne jak hiszpańskie Podemos przez mainstreamowych polityków jak np. Frans Timmermans posądzony o ostatnio przez Radio Maryja. Nie mając nic wspólnego ze swym pierwotnym znaczeniem (http://liberte.pl/dzis-populizm-dzieli-kiedys-zjednoczyl-klase-robotnicza-w-usa/) słowo te – poza tym, że stało się niemal uniwersalnym określeniem pejoratywnym – wydaje się znaczyć jedynie działania polityków chcących zdobyć władzę dzięki przypodobaniu się społeczeństwu.

Program spójny, z własnymi pomysłami na poprawę bytu obywateli (jak słusznie zauważa oko.press: zwykłych obywateli, nie tylko klasy średniej) wystarczyłby, gdyby ludzie myśleli racjonalnie i głosowali zgodnie z własnym interesem. Problem jednak leży w tym, że – zgodnie z ustaleniami nauki (prosto wyłożonymi np. w „Nie myśl o słoniu!” George’a Lakoffa) – tak nie jest. Myślą raczej o własnej tożsamości, wartościach, głosują na tego, z kim w pewien sposób się identyfikują. Samym programem, jak dobry by nie był, wyborów się nie wygra. A to jest przecież naturalnym celem opozycji.

Na sukcesach populistów możemy się też czegoś nauczyć. Chociażby jednego z głównych celi zabiegów populistycznych: wykształcenia społecznych mitów służących realizacji określonych założeń politycznych. Prawicy udało się to doskonale, np. w kreowaniu polityki historycznej dającej ludziom pewne poczucie wspólnoty (dla wyników sondaży nie ma znaczenia to, że jest ona dość słabo ugruntowana w faktach ani, że nie daje żadnych realnych korzyści potencjalnym wyborcom). Takie populistyczne pojęcie jak „ulga podatkowa” sugerująca, że podatki są czymś bardzo niemiłym dla płacącego, zostały przejęte nawet przez Zielonych piszących w programie o „ulgach dla pracodawców (...)” w kontekście ubezpieczeń społecznych, a ostatnio także Partię Razem, i to w stanowisku krytykującym obniżki podatków dla najbogatszych (http://partiarazem.pl/stanowiska/rodzina500plus/).

Uważam, że możliwe jest stworzenie takich „mitów”, które będą prawdziwe, będą prodemokratyczne. Nie chodzi oczywiście o to, aby prześcigać się na nierealne obietnice z rządzącymi. Ale opozycja powinna bardziej skupiać się na tematach ważniejszych z punktu widzenia wyborcy. Skoro z badań (http://fakty.ngo.pl/wiadomosc/2138071.html) wynika, że dla Polaków najważniejszymi wartościami są ochrona środowiska czy zagwarantowanie równych szans dla wszystkich, to dlaczego nie koncentrować się na tych sprawach; nie poświęcić czasu i funduszy na budowanie w społeczeństwie przekonania (prawdziwego), np. o tym, że odnawialne źródła energii mogą zapewnić nam lepsze powietrze, ale też i miejsca pracy czy o zaletach komunikacji miejskiej? Wspominanie o tym, że walka z globalnym ociepleniem poza ratowaniem świata – co przecież nie jest dla ludzi specjalnie ważne – obniży nasze rachunki, a „naszym dzieciom i wnukom” pozwoli na oglądanie piękna przyrody, jest przecież populizmem. Ale nie ma wątpliwości, że prawdziwym, i służącym słusznej sprawie. Takich kwestii jest wiele i jeśli opozycja chce wygrać wybory, to powinna je znaleźć i umiejętnie wykorzystać. Jeśli głównym ryzykiem, jakie może ponieść czyniąc tak jest bycie nazwanym „populistami”, to jest to dobry deal. To słowo i tak prawie nic nie znaczy.

Igor Skórzybót

Ostra Zieleń